13 000 000 przyjaciół Obamy
26 października 2008 r. Barack Obama żartuje z wolontariuszami ze sztabu w Brighton, w stanie Kolorado. W portalu społecznościowym MyBarackObama.com wolontariusze wymieniali się pomysłami, zawiadamiali o planowanych imprezach oraz zdawali relacje z tego, co już zrobili – do ilu osób zadzwonili, do ilu drzwi zapukali
Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, pisze do mnie e-maile. Nigdy go nie spotkałem, ani mi brat, ani swat. Ale pisze do mnie raz, dwa razy w tygodniu Z Joe Rosparsem, internetowym guru Obamy, rozmawia Vadim Makarenko
Vadim, co ożywienie gospodarcze znaczy dla ciebie? – pyta Barack w e-mailu z 2 lutego. “W zeszłym tygodniu Izba Reprezentantów uchwaliła ustawę, która ma ożywić gospodarkę i przywrócić pracę trzem milionom Amerykanów. Potrzebuję twojej pomocy… Amerykanie muszą wiedzieć, że pomoc jest już w drodze”. Barack prosi, bym przekazał dobrą nowinę bliskim i znajomym. Podobny e-mail od Baracka dostało 13 milionów jego przyjaciół.
Niektórzy zaprzyjaźnili się z prezydentem w Facebooku i MySpace – portalach podobnych do Naszej-klasy – ale też na stronie prezydenta My-BarackObama.com, która działa od wiosny 2007 r.
Często widzę Baracka na CNN, jak idzie korytarzami Białego Domu z komórką BlackBerry w ręce i wstukuje kciukiem wiadomości. Może właśnie pisze e-maila do mnie?
Przyjaciele z internetu
Barack nie zostałby prezydentem, gdyby nie jego przyjaciele. Wystarczy, że każdy z tych 13 mln przekonał czterech krewnych i znajomych, i już mamy 69 mln głosów, które w listopadzie ub.r. dały Obamie prezydenturę. Przyjaciele z internetu zorganizowali Barackowi ponad 200 tysięcy imprez i akcji poparcia – ludzie dowiadywali się o nich ze strony Baracka i portali, w których ma swój profil.
“Od ponad dekady znawcy powtarzają, że internet zmieni politykę. On w końcu tego dokonał” – ocenił ostatnio prestiżowy amerykański magazyn “Portfolio”.
Miał na myśli nie tyle Baracka, ile pewnego 27-latka z Chicago, byłego studenta m.in. filologii czeskiej na Uniwersytecie Karola w Pradze, który w sztabie Obamy odpowiadał za nowe media.
To Joe Rospars – zaliczany dziś przez “Portfolio” do największych innowatorów biznesu na świecie, tuż za twórcami Google’a i Steve’em Jobsem z Apple.
Każdy dał nam swój e-mail
Spotykamy się w Warszawie. W zeszłym tygodniu do Fabryki Trzciny na konferencję “Nowe Media – Nowa Demokracja” przyszli dyplomaci amerykańskiej ambasady, wykładowcy uniwersyteccy, działacze organizacji pozarządowych, dziennikarze i studenci gotowi chłonąć każde słowo Rosparsa.
Człowiek, który zrewolucjonizował sposób uprawiania polityki, zastrzega: – Naszym celem nie było przeniesienie debaty politycznej do internetu. Z powodzeniem można ją toczyć na spotkaniach wyborczych, w telewizji, prasie i radiu. Chcieliśmy zamienić wyborców w aktywnych uczestników kampanii. Żeby to się udało, trzeba było połączyć ze sobą wszystkich tych, którzy chcieli pomóc. W tym przydaje się internet.
Gdy Joe mówi te słowa, na ekranie za jego plecami widać wielosettysięczny tłum fetujący w Waszyngtonie zwycięstwo Obamy: – Każdy z nich dał nam swój e-mail.
SMS od Baracka przed CNN
“Barack wybrał senatora Joe Bidena na naszego kandydata na wiceprezydenta. Podaj dalej!” – takiego SMS-a dostały na komórkę trzy miliony przyjaciół Obamy 23 sierpnia 2008 r.
Barack zdradził im gorącego newsa godzinę wcześniej, nim ogłoszono to dziennikarzom telewizji CNN, BBC, agencji Reuters i “New York Timesa” oraz tysiącom innych mediów z całego świata.
Joe tłumaczy: – Nasi wyborcy musieli dowiadywać się wszystkiego jako pierwsi. To jeszcze bardziej wciągało ich w kampanię i utrzymywało zainteresowanie.
Co możesz zrobić dla “wielkiej zmiany”
Jedna trzecia Amerykanów ma profil w jakimś portalu społecznościowym – szukają znajomych na Facebooku, prezentują swoje amatorskie nagrania w MySpace, chwalą się swoim CV na LinkedIn. Młodzi korzystają z takich portali powszechnie: własny profil mają trzy na cztery osoby w wieku 18-24 lat. Joe Rospars założył Barackowi profile na wszystkich głównych portalach i dodatkowo stworzył własny na My-BarackObama.com.
- Kampanię w terenie od lat prowadzi się tymi samymi metodami. Ludzie organizują wiece, zbierają podpisy, pukają do drzwi i namawiają do oddania głosu. Do tego potrzebujesz wolontariuszy, którzy działają niczym armia zdobywająca nowe obszary – tłumaczy mi Joe. – Nasza armia na początku była bardzo mała, więc musieliśmy zorganizować ją tak, by każdy mógł z łatwością do niej dołączyć.
Wystarczyło założyć swój profil, podać e-maila, telefon, by zaprzyjaźnić się z Barackiem. Inni namierzali cię od razu, po kodzie pocztowym. Zapraszali na spotkania w okolicy, wysyłali filmy, pytali, czy możesz jakoś pomóc, coś zrobić, by “Wielka Zmiana się dokonała”. “Zmiana” – to główne hasło kampanii Obamy.
Joe: – Profile Obamy w portalach społecznościowych są niczym ambasady prezydenta w różnych środowiskach.
Na Youtube bez krawataTakich filmów na YouTube sztab Baracka zawiesił do dziś ponad 1800. Obejrzało je cztery miliony widzów. Niektóre miały 30 sekund, inne nawet półtorej godziny. Gdyby zliczyć łączny czas ich odtwarzania, to wyszłoby, że przyjaciele Baracka poświęcili na nie 1,2 miliarda minut.
Joe wtrąca: -Większość polityków i organizacji pozarządowych nastawia się na kontakt z dużymi mediami i poprzez nie chce dotrzeć do obywateli. Problem w tym, że ludzi nie interesuje to samo co media. Oni nie mówią językiem komunikatów prasowych i wolą mieć normalne, ludzkie stosunki z żywymi ludźmi w sztabie.
Dlatego szef Joego – David Plouffe, szef całej kampanii Baracka – regularnie występował na YouTube bez krawata, w rozpiętej koszuli. Mówi do kamery: “Dzień dobry, do wyborów – tylko 49 dni. Chciałbym zająć wam chwilę, żeby powiedzieć, w którym punkcie jesteśmy”.
Zamiast profesjonalnego niebieskiego tła czy amerykańskiej flagi wokół Davida widać porozrzucane papiery i butelki wody mineralnej. Na ścianie wykresy z sondaży i mapy USA – stany, w których toczy się walka, oznaczono pinezkami. Sceneria filmików przypomina raczej dom Wielkiego Brata niż studio przyszłego prezydenta Ameryki.
- Ta butelka wody mineralnej w kadrze była prawdziwa – zaznacza Joe. – W kampanii internetowej autentyczność jest kluczowa.
Przyjaciele po wyborach
Choć od wyborów minęło pięć miesięcy, Obama wciąż do mnie pisze: “Wiadomość wideo od Baracka”. Na filmiku uśmiechnięty prezydent mówi: -Gdy wygraliśmy wybory w listopadzie, mówiłem, że samo zwycięstwo nie jest jedyną zmianą, na której nam zależy. To była dopiero szansa na zmianę.
Barack zachęca mnie do poparcia jego projektu budżetu. Portal MyBarackObama.com cały czas działa – ludzie prowadzą swoje blogi, organizują spotkania, dyskutują o nowych ustawach i rzeczach, które chcieliby zmienić w najbliższej okolicy – mostach, szkołach, drogach.
Joe: – Już po wyborach cały czas sondujemy, jak nasi wyborcy chcą zmienić Waszyngton, cały kraj, co mogą zrobić, by pomóc prezydentowi. Okazuje się, że są gotowi zaangażować się w akcje dobroczynne albo startować w lokalnych wyborach. Który polityk nie porzuca swoich wyborców w dzień po głosowaniu?
Czy to tylko kwestia technologii, która umożliwia Obamie utrzymanie więzi z 13 mln aktywnych wyborców bez pośrednictwa mediów i agend rządowych? Joe podkreśla: – To kwestia osobowości kandydata. Barack miał doświadczenie lokalnego polityka, który musi dbać o relacje w swojej społeczności. Internet umożliwia mu to nawet w Waszyngtonie. W Białym Domu po raz pierwszy w historii działa zespół ds. nowych mediów.
Wywiad w wersji video na Wyborcza.pl/wideo
Źródło: Gazeta Wyborcz Nowe media w służbie polityki – rozmowa “Gazety Wyborczej” z Joe Rosparsem


